Od Zombiaków do Półbogów, czyli rok z filmami YA

Zbliża się koniec 2013 roku, więc zwyczajowo czas zacząć bawić się w podsumowania.


Ekranizacje to jedne z moich ulubionych filmów. Podstawa książkowa w mniejszym lub większym stopniu zapewnia ciekawy scenariusz - zdaje się, że filmowy odkryli podobna prawdę już dawno temu. Nic więc dziwnego, że coraz częściej sięgają po głośne bestsellery, aby przyciągnąć jak najwięcej widzów i przy okazji zarobić na fanach literatury.
Przeglądając to, co ciekawego udało mi się obejrzeć w 2013 roku, znalazłam kilka pozycji, które miały być kasowymi sukcesami, bo przeniosły na ekran powieść młodzieżową lub YA (young adult, czyli pozycję dla takiego młodego dorosłego ale już nie nastolatka). Tym sposobem stworzyłam zestawienie 6 filmów, których papierowych pierwowzorów nie czytałam (możliwe, że kiedyś to nadrobię). I chociaż wyznaję zasadę "najpierw książka, potem film" to w tych wypadkach chyba nie robi mi to jakiejś szczególnej różnicy, a nawet działa na plus - oglądając nie skupiałam się na porównywaniu przekazu i nie będę musiała wszystkiego skrytykować.
Kolejność zupełnie przypadkowa (lekko chronologiczna). Zapraszam do poznania moich mniej lub bardziej świeżych przemyśleń na temat części rozrywkowego kina 2013 roku.

1. Wiecznie żywy / Warm Bodies (reż. Jonathan Levine), na podstawie Ciepłych ciał Isaaca Mariona

Mimo że wiem, jak działa nadawanie tytułów w Polsce, to jednak mam za złe dystrybutorowi, ze pokusił się o stworzenie własnego tłumaczenia, a nie użył tego książkowego (cóż, pewnie nie wiedział...). Jak się nad tym zastanowić, to Wiecznie żywy lepiej opisuje książkę, a Ciepłe ciała kojarzą mi się z erotyczną tandetą (nie zawsze to samo sformułowanie w dwóch językach daje ten sam przekaz).
Zacznę od tego, że zapowiedzi filmowe były stworzone w sposób tak zabawny, że nie miałam wątpliwości co do charakteru filmu - z założenia miał on wyśmiewać wszelkie zombie apokalipsy serwowane przez ostatnie lata w masowej kulturze. Przynajmniej po części miał wyśmiewać. I właśnie tak go odebrałam - jako świetną komedię, w dodatku walentynkową przeciwwagę dla ckliwych romantycznych historyjek powielających ten sam schemat po raz milionowy.
Gwiazdą Wiecznie żywego był niezaprzeczalnie Nicholas Hoult, który wcielił się w postać głównego bohatera R. Specyficzna mimika aktora oddała wszystkie emocje jakie mógł posiadać prawie inteligentny zombie, a jak wiadomo po obejrzeniu filmu, ma ich dość sporo (jak na truposza).
Film okazał się niezłym obrazem i doczekał się nawet małej parodii.

2. Piękne istoty / Beautiful Creatures (reż. Richard LaGravenese), na podstawie Pięknych Istot duetu Kami Garcia i Margaret Stohl

O książce słyszałam zanim obejrzałam film, były to raczej pozytywne opinie. Dodatkowo zebrana obsada dała mi iluzoryczne przeświadczenie, że to będzie dobry film. Czy się myliłam? Nie do końca. Czy miałam rację? Też nie całkiem.
Zabawę (jak przy wielu filmach) zepsułam sobie oglądając trailer - twórcy upychają w nich to co najlepsze, nie pozostawiając nic dobrego na seans. I chociaż obejrzałam Piękne istoty z przyjemnością, to nie pozostawiły one w mojej głowie wielu wspomnień.
Chyba najlepszym elementem (i tym ratującym film) jest odwrócenie ról głównych bohaterów. Tym razem to chłopak (bardzo zwyczajny chłopak) opowiada nam historię, a dziewczyna jest tym dziwnym magicznym stworzeniem (nie tak dziwnym, ale jest). Poza tym było już dość przewidywalnie i prosto - przypuszczam, ze książkowa historia Leny i Ethana jest ciekawsza i ma więcej głębi a może zakrętów (będę chciała się przekonać za jakiś czas).
Pomimo faktu, że Piękne istoty były dla mnie seansem jednorazowym, to jeśli pojawi się jakimś cudem kontynuacja (zdaje się, ze cała seria ma 4 książki), kolejny film też obejrzę.

3. Intruz / Host (reż. Andrew Niccol), na podstawie Intruza Stephenie Meyer

Do tego filmu podeszłam nieco inaczej. Wszystko co łączy się z prozą Meyer zwyczajnie mnie odstrasza (mimo że widziałam i czytałam cały Zmierzch, a może własnie dlatego). Krąży jednak ogólna teoria, że to własnie Intruz jest tym lepszym dziełem autorki. Taka postać rzeczy nieco ociepliła mój stosunek do filmu, a ostatecznie skusiłam się na obejrzenie go po namowach mojej drugiej połówki, którą opis fabuły bardzo zaciekawił.
Pozytywnie zaskoczona - tak mogę opisać moje spotkanie z Hostem. Dobrze napisane, świetnie zagrane. Cudnie dobrana obsada - Saorise Ronan była strzałem w dziesiątkę. Bo jednak nie opuszcza mnie wrażenie, że dopasowanie postaci kobiecych mocno kuleje w przemyśle filmowym, albo też pokolenie młodych aktorek takie nijakie...
Widać kontrast między Intruzem a Zmierzchem (chyba nigdy nie uda mi się nie porównywać czegoś do Belli i s-ki) - zarówno w historii jak i postaciach (o graniu nawet nie wspominam), i jest to kontrast z wielkim plusem dla tego pierwszego.

4. Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia / The Hunger Games: Catching Fire (reż. Francis Lawrence), na podstawie W pierścieniu ognia Suzanne Collins

Jedyna pozycja w zestawieniu, która znalazła się na mojej liście "must watch". Dodam, że spodziewałam się świetnego widowiska kinowego i genialnej kontynuacji ciekawej historii i mimo ogromnej chęci przeczytania trylogii Collins powstrzymałam się od poznania książkowych przygód Katniss ze względu na wysokie oczekiwania co do filmu.
To co wyróżnia Igrzyska na tle podobnych produkcji, to brak demonów i czarownic. Do tego ten świetnie stworzony świat pełen kontrastów - odtworzony obrazem sam mówi za siebie.
Niekwestionowaną gwiazdą produkcji jest Jennnifer Lawrence (która ma na swoim koncie już inne świetnie zagrane filmy, i wydaje się być jedną z najbardziej obiecujących aktorek młodego pokolenia) - kolejny raz wcielająca się w Katniss Everdeen.
Ogólnie wielkim plusem Igrzysk jest obsada. Aktorzy zostali tutaj świetnie dopasowani - to jak wyglądają świetnie współgra z osobowościami postaci. I nie mam na myśli tutaj charakteryzacji - bo czy ktoś inny dałby Effie ten uroczy uśmiech Elizabeth Banks?
Film świetnie ogląda się na dużym ekranie. I nieznajomość powieści daje ten plus, że obraz potrafi mnie zaskoczyć i zaciekawić - a przecież o to w tym wszystkich chodzi.
Zdecydowanie najlepsza pozycja mojego zestawienia.

5. Dary Anioła: Miasto kości / The Mortal Instruments: City of Bones (reż. Harald Zwart), na podstawie Miasta kości Cassandry Clare

Zacznę od tego, że słyszałam same negatywne opinie dotyczące filmu, szczególnie przez fanów porównujących go z powieścią (która gdzieś tam pojawia się w moich planach czytelniczych, ale o tym innym razem). W efekcie nie miałam dużych wymagań zasiadając do seansu. Do tego Jamie Campbell Bower, za którym nie przepadam (chociaż głos ma całkiem ciekawy).
W skrócie: tragedii nie było. Widziałam już gorsze filmy i takie które zawiodły mnie bardziej. Miasto Kości wyszło prosto, płytko i przewidywalne. Niby aktorzy z jakimś dorobkiem, niby grają coś na ekranie, a w efekcie jest tylko poprawnie - jakby nie mieli czym grać.
Potencjał pewnie był, ale został niewykorzystany - scenarzysta się nie popisał?
Poszperałam troszkę w informacjach o filmie i kontynuacji serii. Mimo zawirowań i raczej braku sukcesu, Miasto Popiołów (kolejna część) jest już w pre-produkcji a zdjęcia zaczynają się w przyszłym roku. Może tym razem wyjdzie lepiej?
Nadal jednak to najsłabszy film w moim zestawieniu.

6. Percy Jackson: Morze potworów / Percy Jackson: Sea of Monsters  (reż. Thor Freudenthal), na podstawie Morza potworów Ricka Riordana

Cóż, seria książek o Percym jest kierowana raczej do młodszego odbiorcy - podobnie film. Więc jest to raczej familijna rozrywka na niedzielne popołudnie z rodziną. Trudno jest mi wyłuszczyć jakieś plusy czy minusy, skoro nie jestem profilowym widzem Morza potworów. Myślę, że jeszcze 10 lat temu, byłabym bardziej zainteresowana filmem (wiek robi swoje).
Słyszałam opinię, że filmowcy straszliwie zepsuli książkę - innymi słowy, kiepsko przenieśli ją na ekran. Przypuszczam, ze gdybym znała tekst Riordana, miałabym podobne odczucia. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak uwzględnić serię w planach czytelniczych, bardziej żeby się przekonać ile prawdy jest w plotkach.


Rok 2014 również zapowiada nam kilka filmów YA i paranormal, chociażby Akademię Wampirów czy Niezgodną. W trakcie zdjęć jest Kosogłos (ostatnia część Igrzysk śmierci), który pojawi się w dylogii filmowej. A na dokładkę w styczniu startuje serial na podstawie Ugryzionej Kelly Armstrong.
Moja babska część wiedźmowej osoby, ma na co czekać.

Ilustracja na górze strony pochodzi z okładki pierwszego polskiego wydanie Morza potworów (wyd. Galeria książki).

3 komentarze:

  1. Hmm, nie do końca mam przekonanie do tej praktyki szatkowania grupy odbiorców na coraz mniejsze podgrupy. Za moich czasów książkę można było zakwalifikować do literatury dziecięcej, młodzieżowej lub dla dorosłych, ale jak widzę wytworzył się kolejny gatunek czytelnika, młody dorosły ;). Jak to się przedstawia w ramach wiekowych dokładnie? ;)

    Co do wymienionych filmów: widziałam "Wiecznie Żywego" oraz poprzednią część "Igrzysk Śmierci". Do obejrzenia pierwszego tytułu skusiły mnie przede wszystkim trailery ale również fakt, że występuje w nim Nicholas Hoult, który kojarzy mi się przede wszystkim z pierwszą generacją bohaterów w serialu "Skins" (gdzie portretował niezapomnianego Tony'ego). Film był chyba całkiem przyjemny, ale kilka miesięcy po seansie niewiele z niego de facto pamiętam. Co do "Igrzysk Śmierci" - miałam okazję czytać książkę oraz obejrzeć ekranizację pierwszej części. Na pewno Collins zapunktowała sobie tym, że zostawiła motywy wampirów i aniołów w spokoju, natomiast wykreowany przez nią świat nie przypadł mi jakoś specjalnie do gustu. Przy całej popularności serii, nie wydaje mi się, aby było to dzieło, które dzieciaki zapamiętają na lata i do którego będą wracać nawet dawno po przekroczeniu granicy dorosłości. No nie wiem, ale jednak widzę różnicę jakościową pomiędzy "Igrzyskami...", a np. serią książek i filmów o Harrym Potterze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widziałam 2, 3, 4 i 5. Podobały mi się tylko "Igrzyska..." (co i tak mnie zaskoczyło, gdyż książek nie lubię), ale Jennifer Lawrence to po prostu klasa sama w sobie i dźwiga ten film w sporej mierze na swoich barkach.
    Pozostałe trzy strawiłam z wielkim trudem, zastanawiając się co chwila, po co ja to w ogóle oglądam. Fabuły nie miały sensu, a na dodatek wszystkie jak od jednej sztancy, tylko zmieniają wampiry na czarownice czy inne wymysły, a do tego zawsze jakiś dziwny wątek romantyczny, który nie rusza mnie ani trochę. Chyba po prostu powinnam dać sobie spokój i nie chcieć być na bieżąco ze wszystkimi nowinkami za wszelką cenę, skoro to najwyraźniej nie moja bajka.
    Pozostałe dwa pewnie obejrzę, licząc na to, że "Warm bodies" faktycznie ironicznie podchodzi do tych paranormalnych schematów. A Percy to taki gorszy Harry Potter, ale pierwszą część wspominam stosunkowo sympatycznie, więc może nie będzie źle. Ale książki w tym przypadku i tak sobie odpuszczę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Większość tych filmów to kino na raz. I nawet nie da się pod nimi napisać "still better love story than twilight"...
      I w pełni zgadzam się, że Percy to gorszy Harry, ale książka to akurat mój poziom literackiego angielskiego i pewnie złapie w niej kilka nowych słówek (dawno dawno temu, czytanie Harrego w oryginale nie sprawiło mi kłopotów, więc zakładam że sobie poradzę ;) ).

      Usuń