Grzegorz Gajek - Szaleństwo przychodzi nocą

Współczesny horror polski - czy coś może nas jeszcze wystraszyć?



Debiut to słowo, które nie tyle ma w sobie bagaż emocjonalny, co zakorzenioną charakterystykę, przez którą spodziewamy się, że tekst będzie zwyczajnie niedorobiony. Dlatego zawsze z obawą podchodzę do nowych autorów, nawet jeśli są już znani z krótkich form prozatorskich. Bo to, że pisarz jest świetny w opowiadaniach, wcale nie oznacza jeszcze, że równe sprawnie poradził sobie z czymś dłuższym.
Mając w pamięci moje nie najlepsze spotkania z debiutantami, zawsze podchodzę do nich z ostrożnością, ale też z dawką ciekawości, bo a nóż widelec... tym razem...

W ostatnim czasie sięgnęłam po zeszłoroczny debiut - horror Grzegorza Gajka Szaleństwo przychodzi nocą. To cieniutka, niepozorna książeczka - liczy sobie ledwie dwieście stron - o której głośno nie było, za to raczej pozytywnie. Bo i też rodzimy horror jest na naszym rynku jeszcze bardziej niszowy niż SF - tak mogłoby się zdawać.
Bohaterem powieści jest Staniek - leciwy jegomość, który właśnie pochował żonę. Schorowany, ledwie lubiący swojego zięcia Tomasza, z bagażem dziecięcych wspomnień na karku, stawia czoło swojemu nowemu, samotnemu życiu. Ale jak się okazuje, nie jest ono do końca samotne.
Takie tło fabularne może znaleźć się w większości powieści, ale jak przystało na horror, jest tu też stare i bardzo złe zło, jest też mniejsze i bardziej przyziemne zło, jest strach i jest tragedia.
Bo w pierwszą samotną noc naszego bohatera, coś się obudziło. W natłoku myśli, zaczęły wracać do niego wspomnienia z dzieciństwa - te złe szczególnie - pojawiły się tajemnicze postacie pod szafą, które dawno temu chroniły go przed potworami spod łóżka. Wielka pajęczyca zaczyna tkać swoją sieć zła, wplątując w nią nie tylko Stańka, ale również przypadkowych narkomanów.
Żeby było miło, zawsze lepiej zacząć od tego dobrego. Szaleństwo... czytało mi się sprawnie, biorąc pod uwagę natłok innych spraw, chociaż tak cienka książka powinna być lekturą góra na dwa dni. Najważniejsze jest to, że w żadnym stopniu mnie nie nudziła, a po każdej stronie delikatnie zachęcała by sięgnąć po więcej. Budowała napięcie, wzbudzała niepokój, tak jak horror powinien to robić, bo im dalej posuwała się lektura, tym większe było prawdopodobieństwo na spotkanie czegoś innego, zaskakującego. Krótko mówiąc - warsztatowo jest świetnie. Gajek wykonał swoją prace porządnie - nawet zastanawiałam się w pewnym momencie, czy moja choinka jest tylko choinką, gdy zgaszę w pokoju światło. Ta warstwa Szaleństwa... jest idealna.

Mieszane uczucia mam w stosunku do świata przedstawionego, bo w całej książce brakowało mi wypełniaczy, jakiejś rozbudowanej scenerii - nie tylko krajobrazowej, bo ta nie była aż tak potrzebna. I owszem, niby ktoś coś gotuje, pojawiają się sprawy zwyczajne, frywolne nawet - kupujemy kino domowe, czy nowy aparat fotograficzny?, komórka dla dziadka, czy dla syna? i inne podobne. Nawet trafiło się wodzenie wzrokiem zięcia za tyłkiem żony. A jednak pewne miejsca Szaleństwa... są ucięte. Niby pojawia się jakaś zawiła relacja między teściem i zięciem, ale nie została ona nigdy rozbudowana, a przecież musiała się ona jakoś przekładać na stosunki dziadka i wnuka. Bo wnuk Staś jest w pewnym stopniu kluczowy dla fabuły, a ja nie czułam jego wieku (13 lat?) - w zasadzie najmłodszy bohater był zupełnie nijaki. Do tego córka Stańka, która zaginęła gdzieś pomiędzy tyłkiem a pracą...
Postacie męskie są o wiele lepiej skrojone, i przeważają - zdaję sobie sprawę, że pisał to facet, więc chcąc nie chcąc o facetach wie więcej, ale jednak jest tutaj dysproporcja. I chociaż córka głównego bohatera jest prawie niewidoczna, to również męskim bohaterom brakuje nieco do doskonałości. Wnuk Staś jest nijaki, Tomasz z kolei mimo pozorów też jest postacią wybrakowaną. Bo czy on też nie jest w jakiś sposób naznaczony szaleństwem? Ile Tomaszów może być w jednym Tomaszu?
Z kolei szaleństwo Stańka wcale nie jest tak wyraziste jak powinno być w przypadku kogoś z bagażem traumatycznych wspomnień i Panem Lisem pod kredensem. Postawiłabym w tych sprawach masę pytań, czekających chociaż na skrawek odpowiedzi. Mam wrażenie, że miejscami brakło akapitu opisu, który łączyłby pewne sprawy ze sobą - ale to kwestia osobistego odbioru tekstu. Wiadomo - ilu czytelników, tyle gustów.

Nie zmienia to faktu, że o ile książkę czytało mi się na prawdę dobrze, i podczas lektury nic mi nie przeszkadzało, to jednak odnajduję w niej braki fabularne, które na dłuższą metę nie sprzyjają tekstowi Gajka w żaden sposób. Troszkę to pokręcone i zawiłe - jak pajęczyna (czyżby taki zabieg autora?).
W powieści Gajka jest jeszcze jedna bardzo denerwująca rzecz, taki drobiazg życia codziennego - herbata. Wszyscy piją herbatę! Jakby była ona płynem wiecznego życia i kluczem do egzystencji. Bo jak można nie pić herbaty? Tylko za każdym razem myślałam o tandetnych kwestiach polskich seriali w stylu "to może ja zaparzę herbaty, a ty mi zaraz wszyściutko opowiesz!". Może to efekt mojego upodobania do kawy, a może ta ich herbata była tak irytującym zwyczajem, jak ja to odebrałam.
Została mi jeszcze kwestia Zła w Szaleństwie..., które mam wrażenie, też zostało potraktowane trochę po macoszemu. Doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że dobre zło, to takie, o którym nigdy do końca wszystkiego nie wiemy, jednak tutaj mam z nim problem. A problem jest dość banalny - nie umiem go sobie odpowiednio zaszufladkować w bazie danych. Bo z nim tutaj jest podobnie jak ze wspomnieniami Stańka - jest wspominane. Jest wszystkim i niczym - dosłownie i w przenośni. Jest... szaleństwem, które przychodzi nocą...

I mimo wszystko, czekam na kolejną powieść grozy Gajka, bo w końcu debiuty są od tego, żeby się na nich potykać i uczyć. I jeszcze, żeby zaciekawić sobą czytelnika.

Szaleństwo przychodzi nocą
Grzegorz Gajek
Wydawnictwo Novae Res
Wydanie I
ISBN 978-83-7722-490-8

0 komentarze: