Nowe na ekranie: Rake US

Nowość "made in US" to często gęsto czyjś staroć. "Rake US" to kolejny przejaw amerykańskiej mani remake'owania. Ale przy tym, to bardzo fajna produkcja. 


Uwielbiam amerykańskie seriale. Dostarczyły mi w ciągu ostatnich lat sporo rozrywki, trochę wzruszeń; nie da się ukryć, że twórcy zza wielkiej wody znają się na swojej robocie i wiedzą jak przedstawić opowiadaną historię w ciekawy sposób. Jeśli jednak przyjrzymy się dokładniej popkulturalnym produktom made in US, zobaczymy, że tylko nieliczne z nich to dzieła w pełni oryginalne. Wiele popularnych serii to adaptacje książek/komiksów ("Dexter", "Gossip Girl", "True Blood", "Game of thrones", "The Walking Dead" i wiele, wiele innych), inne to zamerykanizowane wersje europejskich/południowoamerykańskich/australijskich seriali ("The Office", "Shameless", "Queer as folk", "Skins US", "Ugly Betty"). "Rake US" należałoby zaliczyć to drugiej kategorii - twórcy bazują na australijskiej produkcji z 2010 roku, która doczekała się dwóch sezonów.

"Rake US" to serial prawniczo-komediowy. Głównym bohaterem jest prawnik Keegan Joye (Greg Kinnear)  - czarujący typ, który jednak ma problemy z długami (i to bynajmniej nie tymi zaciągniętymi w banku), mieszkaniowe (od 4 miesięcy okupuje kanapę w domu swoich przyjaciół), zawodowe (w tym z niekonwencjonalnymi metodami płatności, stosowanymi przez jego klientele) oraz emocjonalne (widoczny na pierwszy rzut oka narcyzm, uzależnienie od hazardu). Poza tym to pechowiec, którego nieszczęśliwe, acz przezabawne zbiegi okoliczności, wkopują w coraz większe tarapaty. Czasami źródłem problemów pana prawnika jest również jego własna ambicja. Już w pilocie naraża się lokalnej policji, rujnując karierę szefa tejże w trakcie skutecznej obroni oskarżonego o dziewięć morderstw człowieka.  
 
Seria oczarowała mnie już w pilocie, odcinek drugi (w którym Joye broni młodych amiszów, oskarżonych o próbę zabójstwa) i trzeci (sprawa kobiety, która finguję chorobę syna dla kasy z ubezpieczenia) tylko dobiły targu. Odpowiada mi zarówno sposób prowadzenia fabuły - w każdym odcinku Keegan zajmuje się innym klientem, poznajemy nowe sprawy; w tle śledzimy zaś osobiste problemy bohatera - jak i spora dawka sytuacyjnego humoru, którą raczą nas twórcy serii. Produkcja jest lekka i przyjemna, acz nie głupawa.  

"Rake US" ma całkiem przyzwoitą obsadę. Greg Kinnear cudnie się wpasowuje w rolę urokliwego nieudacznika. Z miejsca polubiłam postać graną przez Necar Zadegan - przeciwniczkę Keegana na sali sądowej, a prywatnie żonę jego najbliższego przyjaciela (i właścicielkę domu, w którym nasz bohater waletuje). W pamięć zapada także Miranda Otto, zwana fanom Tolkiena z roli Eowiny, tu portretująca byłą żonę (?) Joye'a: Maddy. 

Serial nie jest oryginalny - widzieliśmy podobne pomysły nie raz, na przykład relacje rodzinne bohatera od razu przywodzą na myśl "Californication" - ale wcale nie musi taki być, aby zdobyć  i utrzymać widzów. Nie widziałam niestety jeszcze oryginału, więc nie wiem, na ile scenarzyści kopiują go fabularnie, ale patrząc na inne produkcję, zazwyczaj pierwsze kilka odcinków dość wiernie odwzorowuje produkt pierwotny, znaczące różnice pojawiają się później. Niezależnie od tego, jak jest w tym przypadku, serial jest bardzo, bardzo dobrze zrobiony. Aż zachęca, aby oglądać dalej - tym samym "Rake US" przechodzi wstępną selekcję i ląduje w moim zestawieniu śledzonych seriali.

A na koniec, żeby jeszcze lepiej oddać klimat tej serii, zwiastun:

 
 
Pozdrawiam

0 komentarze: