Za co kochaliśmy Glee?

"Glee" wraca po dłuższej przerwie. A ja się zastanawiam, za co tak właściwie uwielbiałam ten tytuł.


Nie zakochałam się w "Glee" od pierwszego wejrzenia. Wręcz przeciwnie - próbowałam przebrnąć przez pilotowy odcinek dwa razy, zanim w końcu coś zaiskrzyło. Ale jak już do tego doszło, "Glee" szybko przebiło się do mojego TOP 10 ulubionych seriali. Pierwsze dwa sezony pochłonęłam chyba w tydzień, oglądając po kilka odcinków naraz i niemal zmuszając się do przerw i innych aktywności życiowych. Jak to z gorącymi uczuciami bywa, wraz z kolejnymi sezonami namiętność nieco ostygła, pozostał zaś sentyment oraz pewne przyzwyczajenie. I rosnące rozczarowanie - bo seria nie jest już w tej samej formie, co kiedyś. (Uwaga, wpis może zawierać spoilery)

Mam taką teorię dotyczącą seriali: zazwyczaj psują się w okolicy piątego sezonu. "Glee" nie czekało nawet tyle - już w sezonie 3 zdarzały się kiepskie odcinki, ale wraz z dorzuceniem  bandy nowych dzieciaków (w oczach wielu - w tym i moich - będących mdłą kopią "starych" bohaterów), rozproszeniem uwagi widza na dwa miejsca wydarzeń (Lima i Nowy Jork), a także coraz większym naciskiem na covery obecnych hitów, seria coraz bardziej odbiega od swojego pierwotnego klimatu.Widzę to tym wyraźniej, ponieważ obok bycia na bieżąco z nowymi epizodami, wróciłam również do odcinków z pierwszego sezonu (mając przy tym dobrą wymówkę - mój luby właśnie zaczął je oglądać).


Co wywindowało "Glee" na szczyt? Zapewne każdy ma swoją opinię na ten temat, ja stawiałabym jednak na:

1. Dobór piosenek

Seria od początku bazowała na coverach (z wyjątkiem wątku autorskich piosenek na zawody, który pojawił się w drugim sezonie). Nie zawsze były one w 100% dopasowane do fabuły, ale twórcom udało się stworzyć świetnie zrównoważony ekosystem, w którym swoje miejsce znalazły zarówno nowe hity, jak i starsze przeboje. Niekiedy w ramach jednego wykonania, jak to miało miejsce w mash-upie piosenek "Umbrella" i "Singing In The Rain".

 
 
Prezentowane przeboje czasem miały całkiem profesjonalną oprawę (przypominając niemalże pełnoprawne teledyski), innym razem twórcy stawiali na bardziej swojski klimat szkolnych wystąpień, ale wokalne wykonania w większości wypadków zapadały w pamięć - niezależnie od tego, czy mieliśmy do czynienia z solówką któregoś bohatera, czy z numerem grupowym. 

Świeże hity zawsze uatrakcyjniały serię, ale nieprzypadkowo piosenką niemal kanoniczną dla "Glee" jest "Don't Stop Believin'" (oryginał z roku 1981). Serial pełnił niemal edukacyjną misję w prezentowaniu młodej widowni starych przebojów.

W sezonie trzecim i czwartym ciągle jeszcze było widać ślady takiego podejścia - czy to w odcinku poświęconym muzyce z "Gorączki Sobotniej Nocy", czy musicalom "West Side Story" i "Grease", ale obecnie twórcy kierują się w stronę kopiowania każdej piosenki, która zawitała na listach przebojów. Czasami tworząc covery tak bezmyślnie, że zaprzepaszczając cały urok pierwowzoru - tu przykładem jest "The Fox (What does the fox say)", który w oryginale rozłożył mnie na łopatki, ale przy pierwszym kontakcie (właśnie z wykonaniem serialowym) zupełnie nie załapałam o co w nim chodzi, ani nawet nie zorientowałam się, że to powinien być żart. Kiepsko.


 
 
 
2.Sue Sylvester i jej kreatywne docinki

Pozornie bezwzględna trenerka szkolnej drużyny cheerleaderek, portretowana przez Jane Lynch, to jedna z najlepszych postaci serii. Jej działania w pierwszych sezonach, kilkakrotnie omal nie zaprzepaściły marzeń dzieciaków z McKinnley o upragnionym sukcesie. Konflikt na linii Sue-Will przez długi okres był motorem napędowym fabuły a zgryźliwe komentarze trenerki pod adresem członków chóru znalazły swoje miejsce w każdym youtubowym filmiku zestawiającym najlepsze momenty. Sue kilkakrotnie pokazała również bardziej wrażliwe oblicze, co pozwoliło widzom polubić tę postać.


Obecnie panna Sylvester trochę kręci się w kółko - to jest do rany przyłóż, to wywołuje kolejny konflikt z Willem, co po czterech pełnych sezonach i połowie piątego zaczyna już męczyć - ileż razy można odgrzewać ten sam wątek? Twórcom brakuję nowego pomysłu na tę postać, na razie wywindowali ją na pozycję dyrektora szkoły, ale niewiele to zmieniło.

3. Słodko-gorzkie połączenie tragizmu z komedią

Oglądając nowe odcinki można o tym zapomnieć, ale początkowo "Glee" był serialem komediowym. I faktycznie bawił: przypomnijcie sobie chociażby odcinek "Ballad" z pierwszego sezonu i wątek Rachel po uszy zakochanej w biednym Willu. W produkcji nigdy nie brakowało także wątków smutnych: bohaterowie musieli sobie radzić z kpinami i przemocą ze strony rówieśników, niskim poczuciem własnej wartości, złamanym sercem, niechcianą ciążą etc. Czy ktoś jeszcze pamięta pozorowany stan błogosławiony pani Schuester i to jak genialnie został poprowadzony ten wątek?

Dzieciaki z Glee może urodziły się, aby zostać gwiazdami, ale twórcy nie szczędzili im upokorzeń. Od regularnych zniewag w obrębie ich własnej szkoły (brak miejsca w roczniku na zdjęcie dla chóru, bycie oblewanym napojem slushie, kiepskie przyjęcie ich występów na szkolnych akademiach), po duże porażki, takie jak przegranie zawodów regionalnych w pierwszym sezonie, czy krajowych w drugim. 


Tragizm przedstawiano z dużą dawką groteskowego, niekiedy czarnego humoru, co pozwoliło serii wnieść jakąś nową jakość do świata seriali komediowych. W ostatnich dwóch sezonach ten potencjał zaprzepaszczono, stawiając na śmiertelną powagę. Gdzieś po drodze zgubił się też wątek konkursowy - zawody lokalne doczekały się odcinka pod koniec czwartego sezonu, a do dziś nie dotarliśmy jeszcze do etapu regionalnego; wszak wygranie pucharu było motywacją bohaterów, ich chwilą tryumfu i możliwością odrzucenia choć na chwilę łatki frajera. Nowe dzieciaki i niedobitki po starym składzie zdają się przez większą część czasu o tym nie pamiętać. Mamy za to wyolbrzymienie do granic wytrzymałości wątku problemów miłosnych Marley i dość przypadkowe "lekcje", bazujące na "nowinkach" i coraz częściej nie przystające do wieku bohaterów (twerking? Really?)

5. Pochwała różnorodności i nauczycielskiego aktywizmu

Glee Club od początku był zbieraniną różnych szkolnych osobliwości i odrzucanych przez resztę szkolnej społeczności outsiderów. Dzieciaków utalentowanych, będących świetnym materiałem na broadwayowskie czy popowe gwiazdy, ale nie znajdujących uznania w oczach kolegów i koleżanek. Z drugiej strony: gdy to chóry dołączyły cheerleaderki i członkowie drużyny footballu, mogliśmy się przekonać, że miłość do śpiewania może być fundamentem przyjaźni między miss/misterem popularności, a totalnym odrzutnikiem. Możliwość ekspresji poprzez muzykę stała się dla bohaterów wentylem bezpieczeństwa, ale również źródłem nadziei na lepszą przyszłość. I w takim obrazie był jakiś urok i szczerość, która pozwoliła nam kibicować postaciom.

Will Schuester, opiekun klubu, od początku miał swoje wady. Zapominał niekiedy o dobru dzieciaków, chcąc je doprowadzić do zdobycia konkursowego pucharu za wszelką cenę. Narzucał swoje wybory muzyczne, nie słuchając propozycji podopiecznych, co kilka razy doprowadziło do niezbyt przyjemnych sytuacji. Nie zawsze był fair wobec wszystkich bohaterów, wręcz przeciwnie: zdecydowanie faworyzował Rachel. Ale przy tym dał się poznać jako świetny nauczyciel, zdolny zainspirować swoje owieczki i zarazić je pasją do twórczej aktywności. Był autorytetem, który błądzi, ale tylko dlatego, że coś robi, gdy mógłby się ograniczyć do swojego zakresu obowiązków i oszczędzić sobie tych całych muzycznych dramatów.

Tym bardziej przykro było patrzeć, co z tą postacią zrobiono w trzecim sezonie, rujnując cały jej autorytet w odcinku "Spanish Teacher". Od tamtej pory trudno mi widzieć w Willu prawdziwy wzór do naśladowania, na jakiego wykreowały go pierwsze dwa sezony.

6. Solidarność

Glee Club nie uniknął wewnętrznych spięć i małych wojenek - postacie co i rusz wchodziły w jakieś konflikty, czasami związane z występami, innym razem z życiem miłosnym. Ale na koniec dnia zawsze pokazywały, że - na dobre i złe - są drużyną, a występy zbiorowe od początku były mocną stroną serii i wzruszały w większym stopniu, niż najbardziej emocjonalne występy panny Berry. To kolejny element, którego brakuję mi w "nowym Glee", gdzie każda postać zdaje się oderwana od grupy i nie czuje się już tej solidarności cechującej poprzednie sezony.



Ale żeby nie było zbyt różowo

"Glee" przy całym swoim uroku, od początku miało jedną wadę: może i ideą chóru było to, aby każdy dzieciak mógł poczuć się gwiazdą, ale najwięcej szans na to dano pannie Berry. Pierwszy sezon równie dobrze mógłby nosić nazwę Rachel Berry Show, no może z "feat. Finn Hudson", resztę bohaterów praktycznie zredukowano w numerach muzycznych do minimum. Swoje solowe występy dostali w pierwszym sezonie Mercedes, Artie, Quinn, Puck, Tina i Kurt, ale wszyscy razem nie zajęli chyba nawet 3/4 czasu antenowego poświęconego na wykonania Rachel, która dodatkowo dominowała także w występach grupowych. Niektórzy nigdy się nie doczekali indywidualnego numeru (pamiętacie jeszcze Matta?), inni musieli czekać na swój moment do kolejnego sezonu: w tym Santana (dostała w pierwszym jeden duet z Mercedes, gdzie mogła pokazać swój talent, ale jako samodzielna wokalistka wykazała się dopiero w piosence "Valerie") i Britanny. Do dziś widać dysproporcje między ilością wykonań - trudno znaleźć odcinek bez solo Rachel, sporo piosenek dostaje Santana, podobnie jak Marley czy Blaine; gdy z kolei Tina (oryginalna członkini klubu) konsekwentnie jest trzymana w cieniu i bardzo rzadko dostaje możliwość błyszczenia w świetle reflektorów.

Lea Michele ma świetny głos i solidny warsztat, w końcu od małego gra na deskach teatrów broadwayowskich. Widać też, że na przestrzeni tych kilku lat, w których emitowana jest seria, jej umiejętności wokalne uległy znaczniej poprawie. Naya Rivera jest szalenie utalentowana, mało kto nie lubi również głosu Darrena Chrisa. Dysproporcja w ilości wykonań, faworyzowanie kilku wokalistów ze szkodą dla równie utalentowanych pozostałych członków ekipy zaczyna jednak męczyć. Wiem, że na przykład wokalu Chrisa Colfera, ze względu na jego specyfikę nie ma co eksploatować w nadmiarze, ale bez przesady.

Niestety "Glee" zgubiło gdzieś po drodze elementy, które wyróżniały tę serię. Szczególnie jeśli chodzi o warstwę komediową i muzyczną - brak mi tak charakterystycznej dla pierwszego sezonu groteski, czy równowagi między nowymi piosenkami, a przebojami z dawnych lat. Jak na razie nie zapowiada się, aby produkcja wróciła do dobrej formy, raczej dryfuję coraz bardziej w bliżej niezidentyfikowanym kierunku. A szkoda - nic tak nie smuci jak widok serii niegdyś niemalże wybitnej, a teraz nurkującej w odmęty przeciętności. Niestety nie jest to jedyny znany mi przypadek, może nawet najlepsze pomysły mają po prostu swój termin przydatności do spożycia, lekceważony w obliczu sporych statystyk oglądalności?

Pozdrawiam

9 komentarzy:

  1. Obejrzałam najnowszy odcinek i były w nim chwile, gdy miałam jeszcze nadzieję - która szybko umarła w rozrachunku końcowym. Sue nie miała zbyt ciekawych komentarzy, Will to nie wiem po co się pojawił z tymi całymi zawodami (zauważył ktoś, ze wspomnieli w końcu o zawodach?), a całość skopiła się na zdruzgotanej Santanie - bo czy to nie oczywiste że Rachel złamała jej serce? A wątek Kurta to podobał mi się tylko dlatego, ze usłyszałam "I believe in a thing called love", którego wykonanie akurat mnie nawet nie przekonało...

    "Glee" kochałam za Sue, za stare piosenki, za dużo klasycznego rocka i poznanie świetnych musicalowych kawałków. Ba! ja nawet przekonałam się do takiej piosenki jak "Last name" Carrie Underwood (napisałam przy niej 12 stron powieści). I nawet czasami uważałam aranżacje z Glee za lepsze od oryginałów. I mash-upy :D
    Do tego świetne konflikty komediowe: rodzinne problemy Willa i Terri (na marginesie zupełnie: niedawno podziwiałam ją w Vikingach i znów była niezłą babą :D), trener Tanaka i jego dziwaczna miłość do Emmy i jeszcze niekończące się spięcia dyrektora Figginsa i Sue.
    Teraz już nawet nikt się nie wyżywa na chórze, a przecież to było też kluczowe - odwieczny konflikt z mięśniakami (że tak ich nazwę), którego ważnym elementem było zaśpiewanie wspólnie Thrillera na meczu.

    Mam wrażenie, że w 3 sezonach sporo się fajnego działo (ja wiem, że 3 to już forma spadkowa, ale zawsze). To co mamy teraz jest dziwne, sztucznie rozwlekany rok szkolny na 2 sezony... I czy przez przypadek Glee nie jest planowane na kolejny sezon od września?

    Ogólnie twórcy postawili na złe dzieciaki od 4 sezonu. Gdzie się podziała Sugar? albo Joe (to ten z dredami co wygrał the glee project) i nasz irlandzki kolega, którego nigdy nie potrafiłam zrozumieć :D I jeszcze stara obsada, która wypada teraz wręcz karykaturalnie: wciąż dąsająca się Tina, cudowny Blain, i Sam, który był zawsze taka śmieszną postacią przez swoje wielkie usta, boskie ciało i nierozgarnięcie jakieś takie.

    Sam Nowy Jork ok. Jak dla mnie fajny smaczek, ale z innych absolwentów brakuje mi Mercedes czy Pucka (który w hołdzie Finnowi poszedł w serialu do wojska, co zobaczymy w 100 odcinku glee). Inna sprawa, ze w 5 sezonie straciliśmy kluczową postać (mam wrażenie po jednym odcinku, że twórcy próbują zastąpić go Samem w życiu Rachel, był taki moment...). I tutaj też przypomina mi się ten absurdalny humor Glee z odcinka "Grilled Cheesus" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "The Glee project" to też ciekawa historia. Największym wygranym okazał się Alex (początkowo dostał 3 odcinki w ramach nagrody pocieszenia) - nie do końca to rozumiem, bo dla mnie ciekawszym wyjściem byłoby przywrócenie Lindsay i jej rachelopodobnej postaci - na pewno byłaby bardziej interesująca niż poprawna do bólu Marley. Teen Jesus faktycznie zniknął z horyzontu bez żadnego wyjaśnienia, wcześniej Damien (ale mu chyba dali pożegnalne zdanie or something).

      Usuń
    2. Ja sobie zdaje sprawę, że może w końcowym rozrachunku ktoś nie sprawdzał się jako aktor, ale zdecydowanie Alex był fajny jako taki facet-diva u rywali - jego "Boogie shoes" i "Starships" były świetne. Wiem, że problemy które ma jego postać są na czasie, ale on zupełnie nic nie wnosi do serii. I nawet kiedy próbowali pokazać problem Unique i nietolerancji w szkole to za bardzo to nie wyszło - nawet nie zbliżyli się do tego, co przechodził Kurt. Bo Porcelanka jako gej miał przechlapane a przecież nie nosił makijażu, obcasów i damskich koszulek. Zdecydowanie coś im nie poszło.

      Usuń
  2. W zasadzie zgadzam się z każdym słowem. 1 i 2 sezon były świetne, natomiast w 3 powoli zaczynałam się irytować i z 4 obejrzałam tylko jeden odcinek. Najbardziej brakuje mi chyba właśnie tego absurdalnego humoru, bo Glee opowiadał w sumie o bardzo trudnych problemach, ale dzięki humorowi "przesłanie" było przekazywane przy okazji, a nie na siłę. 3 seria zrobiła się dla mnie za poważna… I Sue też już dawno straciła sens, kręcąc się w kółko.

    Za to z 4 serii zobaczyłam sobie jeszcze odcinek z Katy Perry i Lady Gagą i mnie niesamowicie wkurzył ten odcinek. Raz ze właśnie twórcy na siłę postanowili wepchnąć najnowsze hity lata (IMHO "Applause" jest co najwyżej średni i zupełnie nie nadawał się na pierwszy singiel, a "Roar" jest niemożebnie nudne), dwa, że ich wykonania w serialu były słabe, a trzy, że twórcy postanowili dołączyć się do bzdurnej, pozbawionej sensu kłótni między Little Monsters a Katycats.

    Poważnie, serial o muzyce nie powinien nasilać tego typu podziałów. W odcinku na siłę wyolbrzymiono jakieś losowe cechy tych piosenkarek, próbowano pokazać, że są jakimiś przeciwnościami, ale wyszło to sztucznie, słabo i niewiele miało wspólnego z muzyką. A już cały wątek Willa i Marley był tragiczny.

    Straciłam serce do tego serialu. :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Podczas lektury mogłam tylko smutno kiwać głową. Pamiętam, że zauroczył mnie pierwszy odcinek serialu, a potem błyskawicznie i z przyjemnością obejrzałam pierwsze dwa sezony. A potem już było tylko gorzej i gorzej. Na początku Glee mnie bawiło, teraz coraz częściej w to miejsce pojawia się zażenowanie. Namiętnie słuchałam też coverów w wykonaniu chóru (zwłaszcza Rachel i Kurta), a tymczasem do ostatnich piosenek nie wracam w ogóle! Wolę po raz n-ty puścić sobie "Don't Stop Believing" albo "Defying Gravity".
    Ogółem przy Glee trzyma mnie tylko to, że do końca już tak niedużo zostało, a ja mam zawsze problem, by porzucić serial, nawet słaby, jeśli od dawna go oglądam. Ostatnie odcinki włączam bardziej na zasadzie 'patrzę jednym okiem', bez dawnego zaangażowania. A szkoda, bo to był przecież taki dobry serial!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ja się z tym zgadzam! Teraz bym większość odcinka przewijała... Chociaż z wczorajszego docinka podobało mi się solo Santany :D "Don't rain on my parade" złapała inny pazur :) - koniec pozytywów.

      Usuń
    2. O tak, wykonanie Santany świetne! Ale "Don't rain on my parade" to po prostu rewelacyjny utwór, więc to nie tylko zasługa głosu aktorki, co również repertuaru. (A koniec końców i tak najbardziej lubię wykonanie Rachel :D).
      Ale fabuła tego odcinka to jakaś tragedia. Przecież te postaci zachowują się tak bardzo out-of-character, że to się nie da! Cały konflikt Rachel-Santanta, ich zachowanie tak bardzo nie miało sensu! Reakcja Kurta zresztą też, siedział i patrzył, jak Rachel się wyprowadza? WTF?! O Limie nie ma co pisać, z Tiny zrobili wariatkę i idiotkę już jakiś czas temu, z powodów nieznanych.
      Jedyny plus aktualnego sezonu to chyba Adam Lambert, bo ma naprawdę fajny głos i jeszcze nikt nie zdążył zepsuć jego postaci.

      Usuń
  4. "Don't rain on my parade" w wykonaniu Santany po prostu do mnie nie trafiło. To nie jest repertuar, w którym Naya ma okazję pokazać wszystkie zalety swojego głosu, poza tym wykonanie Rachel cechuję jakaś taka ...hmmm, pasja, a to po prostu ładnie brzmi, ale nie ma w tym specjalnych emocji. Poza tym Santana i Broadway? Jakoś nie jest to dla mnie przekonywujące połączenie (mimo że całkiem fajnie zagrała tę postać w "West Side Story".
    Btw. zauważyliście, że ostatnio twórcy "Glee" starają się puścić oko do widzów, Sue wypowiada autoironiczne dla serii kwestie, które brzmią niczym fragment krytycznego komentarza jakiegoś widza - czyli scenarzystów interesuje co odbiorcy mają do powiedzenia o ich pracy; ale nie do końca łapią sedno zastrzeżeń.
    Wątek konfliktu na linii Santana-Rachel był strasznie... dziecinny. Może takie zachowanie przeszłoby u Rachel z sezonu 1, ale Nowa Dojrzalsza Rachel teatralnie niszcząca wspólnie zdjęcie jest po prostu irytująca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wykonanie Santany było takie wredne :) Powróciło trochę jej starego charakteru - jak dla mnie to ona wybrała piosenkę na przesłuchanie specjalnie, żeby pokazać Rachel, ze też może ;) I dlatego jest to dla mnie najlepszy moment tego odcinka.

      Usuń