Walcem po Bollywood: Ra.One (2011)

Witajcie moi kochani czytelnicy! Zapraszam was na pierwszą z cyklu podróż po kolorowym i wspaniałym świecie indyjskiej kinematografii


W ten oto niecodzienny sposób rozpoczynam serię wpisów, w których rozjadę bollywodzkie filmy na czynniki pierwsze i ostatnie. Bo śmiechu nigdy za wiele.
W Bollywood zakochałam się dawno temu, po obejrzeniu Czasem słońce, czasem deszcz, i była to miłość długa i niezbadana do dziś. Przyznam się, że często wracam do tego kina, podobnie jak do konkretnych tytułów. Ale częściej sięgam po nowe filmy, nie koniecznie najnowsze, zazwyczaj pod wpływem jakiegoś aktora, rzadziej reżysera, a niekiedy zasłyszanej piosenki. Tak czy inaczej są to wybory raczej przypadkowe - próbuje nie tłumaczyć sobie tytułów, ani nie czytać o czym film jest, bo to powoduje u mnie więcej strachu niż zainteresowania.
Po tym nieco przydługim wstępie czas na bohatera dzisiejszego odcinka: Ra.One.

Ra.One obejrzałam głownie z powodu piosenki. Chammak Challo przewijało mi się przez ucho wiele razy i zawsze mnie drażniło głosem śpiewającego, który za nic w świecie nie pasował do ruszającego ustami SRK. Za wysoki, świdrował mi w uszach, ale kojarzył się z czymś znanym. Po długim czasie odkryłam, że śpiewającym okazał się być... Akon.


Film wyreżyserował Anubhav Sinha, na ekranach pojawił się w 2011 roku (więc jest on stosunkowo nowy), główne role grają Shah Rukh Khan, Kareena Kapoor i Arjun Rampal.
Obsada prawdopodobnie miała zapewnić superhit, i patrząc na nominacje i nagrody, jestem przekonana, że tak było. Większość z nich jest za efekty specjalne i muzykę - no jak się płaci Akonowi za naukę hindi (przesadzam, tylko podpowiadali jak się co wymawia, ale ponoć szło mu naturalnie - według TEGO materiału) i nagranie 2 piosenek, to się pewnie na coś liczy.

Plakacik Ra.One
Był sobie raz twórca gier (nie wiadomo do końca czy programował, czy co on tam robił, ale był) - Shekhar Subramaniam (to dopiero początek łamania sobie klawiatury na nazwiskach!), miał dziwną fryzurę (na nielubianą ciotkę), piękną żonę Sonię (nie wiem jak ona się w nim zakochała), był dość niezdarny i nieogarnięty, dlatego jego syn Prateek nie uważał go za bohatera (jak się je carbonarę palcami, to czego się można spodziewać?). Zatem żeby zaskarbić sobie miłość wyrodnego syna, Shekhar postanawia zrobić grę taką, o jakiej Prateek marzy - z niezniszczalnym super-złoczyńcą. Gra jest bardzo ambitna i długa - ma całe 3 poziomy po kilka minut każdy, więc stanowi prawdziwe wyzwanie. Z drugiej strony jest to gra najnowszej generacji, ze specjalnym kombinezonem łączącym gracza ze bohaterem (bo grasz bohaterem, nie złoczyńcą), więc w sumie to wszystko rekompensuje... Prawda?
Ogólnie to firma ma tak świetnie zaawansowaną technologię, że the bad guy urywa się z programowej smyczy i wyłazi z gry, zabija naszego uroczego Shekhara i rusza w gonitwę za jego synem znanym w sieci jako Lucifer (młody prawie pokonał niezniszczalnego super-złoczyńce, ale że się gra nie skończyła, to przecież trzeba wyjść z programu i ruszyć w pogoń by zakończyć pojedynek). To jak się obronimy? Wyciągniemy z gry też bohatera - jupi!
G.One i Ra.One - odpowiednio nasz bohater i nasz wróg - wyglądają jak dziwne klony Iron Mana (no dobra, tylko te ich serca ściągnęli, ale to tak oczywiste jest...; serce widać na plakacie - świeci się ładnie na niebiesko, jest z prawej strony i da się wyjąc z klaty), pojawia się chińczyk o japońskim imieniu, który dodatkowo zna hindi i udaje Matrixa (Neo uściślając, ale bardzo ładnie mu w czarnym), a żeby nie było za mało nawiązań to dzieciak jest prawie jak ze Spy Kids (zdaje się że w 3 części wskoczyli do gry komputerowej w tych fikuśnych kombinezonkach?).

O ile te nawiązania są zamierzone ale nie dosłowne, to pojawia się w filmie jedno takie konkretne - oczywiście znane głownie indyjskim widzom. W pewnym momencie na ekranie pojawia się Chitti (grany przez Rajnikanth'a), którego ktoś przez przypadek kojarzyć może z tamilskiej superprodukcji Enthiran (Robot) z 2010 roku. A jakby nie, to wrzucam filmik:



Ja bardzo lubię, jak Bollywood śmieje się sam z siebie. Znajoma melodyjka w tle, ekranowa para robi jakiś dance move z innego hitu - ot tak, żeby sobie widz przypomniał, albo wrzucają innego bohatera z innego filmu, w roli z tego filmu i wszyscy się cieszą i jest fajnie!
Chitti
Jak na scenie pojawia się już wspomniany Chitti, nazywany Indian No 1 Hero, to Sonia mięknie w oczach - nie każdy facet (android?) przyciąga metal całym autem, w którym akurat się znajduje, i wygląda jak stryjeczny brat babci w srebrnych skórach. Szkoda że nie robi żadnej akcji w stylu tamilskim - zainteresowanych odsyłam do właściwego filmu, ewentualnie klipów z niego porozrzucanych po internetach.

Ogólnie Bollywood uwielbia odniesienia - te oczywiste jak i te mniej - i inne dziwne rzeczy. Weźmy więc w obroty imiona herosa i anty-hertosa. Ra.One, czytane jako Ravan/Raavan to demon z Ramajany (a dokładniej dziesięciogłowy i dwudziestoramienny zły z hinduskiego eposu - i co nie jest bez znaczenia w naszym filmie, bo Ra.One ma silę 10 złoczyńców i nawet się na tyle swoich kopii dzieli w finałowej walce); G.One czytany jak Gvan/Dżiwan znaczy 'życie' w hindi. Niby nic takiego, ale mamy tutaj głębsze znaczenie. I jest też wiara, że dobro zawsze zwycięża (trzeba przemycać dobre wartości w każdym filmie), nawet jak ma za wroga przekoksowanego badassa - w tej roli Arjun Rampal: ta twarz, ta postawa, ten diaboliczny wzrok!
No i za każdym razem jak się któryś z panów pojawia słychać głupia muzyczkę i krzyk np. dżiiiiwaaaannnnn (jak dodamy do tego ten poważny wzrok herosa, to jest bardzo śmiesznie).

Wracając do muzyki. Bollywood skrzywdził już takie hity jak Jailhouse Rock w filmie We are family (remake Stepmom) czy Pretty Woman w Kal Ho Naa Ho. A teraz padło na Stand by Me - z czego powstało Dildara (z kondomem na zachętę). Można też posłuchać i obejrzeć - przy okazji widzimy jedzenie palcami, cudną fryzurę Shekhara i jego życiorys w skrócie, i to że Kareena nie umie grać na gitarze, ale bardzo się stara.



O ile w jednych piosenkach potrafię się zakochać, tak inne krzywdzą mnie swoją mieszanką. Jakże fajniej byłoby, gdyby twórcy nie psuli hamerykańskiej klasyki (Dildara jeszcze ujdzie, najgorsze co słyszałam to zdecydowanie Jailhouse rock).
Ra.One - badass filmu :D Tylko on tu nie śpiewa :(
Pogratulować na pewno należy angażu Akona, który śpiewa jeszcze w piosence Criminal (prawie jak twerk), niestety w tym hicie Shekhar śpiewa głosem dwóch panów i to jest już straszne! Nawet dopasowanie głosu Akona (charakterystycznego bądź co bądź) jest dziwaczne - chociaż rozumiem to w przypadku G.One'a, robotem jest (tak jakby) to sobie może to przestawić w swoim programie pewnie...
A co do samego Criminal, to też można łańcuszek nawiązań znaleźć - Smooth criminal, bo i Shekhar w jakimś takim stroju tam harcuje, a wcześniej próbował być Michaelem Jacksonem, żeby być bardziej BAD dla ukochanego syna.

Do innych komediowych momentów należy dodać mały rabunek - bo przecież karzełek z widelcem jest tak straszny, że w obecności syna, aby wyjść na bohatera, Shekhar musi oddać mu portfel i tak jak bandziorek mówił liczyć do 2000. Młody Prateek doradzał walnąć w twarz.
Jednak nagrodę dla najśmieszniejszej wygrywa scena lotniskowa - bez dwóch zdań.
Co zrobić, żeby przemycić robota (a może powinnam powiedzieć kawałek komputera? jak nazwać faceta, który wyszedł z gry?) przez odprawę lotniskową? W końcu złapie go wykrywacz metalu (eeee?). W męskiej toalecie nokautujemy jakiegoś punka i zabieramy jego ubranie i gadżety - kolczyki też! I zaczyna się akcja, bo przecież przy bramce musi trafić się akurat uroczy homoseksualista, który sprawdzając G.One'a ręcznym skanerem (tak to się nazywa?) aż się poci z wrażenia odkrywając kolejne zakolczykowane miejsca na ciele pasażera. Ale to trzeba zwyczajnie zobaczyć!


Ah, no bo Dżiiiiiwaannnnnn ma twarz Shekhara, bo jakąś mieć musiał :) - dlatego ma jego paszport; Raavan sobie sam dobrał pana z plakatu reklamującego męskie perfumy.

Podsumowując: Iron Man, Matrix, Spy Kids, Robot, Akon, Ramajana, piękna heroina, King Khan - no i jak tu można nie mieć hitu? I jeszcze te chwytliwe piosenki! 
Seans z Ra.One - nawet nie tak długi, bo tylko 2 i pól godziny - był zabawny. Nie mam pojęcia, jakie było zamierzenie twórców, ale ja się śmiałam dużo i często.

Do następnego Walcowania!

0 komentarze: