Literatura z dolnej półki

Literatura po którą sięgam bywa wstydliwa - a ty masz swoje guilty pleasures?


Literatura masowa, rozrywkowa, popularna, a czasami brukowa - to określenia, które przylepiamy do tekstów mniej ambitnych, często kiepsko napisanych, które są w większej części wtórne i w swej treści przewidywalne. Zaliczymy do nich tanie romanse w wydaniach kieszonkowych, kryminały o banalnej konstrukcji czy tasiemce o niezliczonej liczbie tomów, ciągnące się niczym najgorętsze brazylijskie telenowele. To taka literatura z dolnej półki, często niedoceniana - do której czytania mało kto chce się przyznać otwarcie. I tutaj wkraczam ja.

Literatura popularna (ang. popular literature, fr. littérature populaire, niem. Trivialliteratur) – dziedzina twórczości literackiej obejmująca utwory adresowane do jak najszerszego kręgu odbiorców, odznaczająca się prostym językiem oraz uproszczonymi schematami fabularnymi, dostarczająca rozrywki i silnych przeżyć emocjonalnych.

Nazwa „literatura popularna” jako neutralna aksjologicznie zastępuje dawne określenia, takie jak literatura brukowa, trywialna, tandetna, jarmarczna, straganowa, wagonowa itp.
Definicja z wikipedii, która wcale nie jest dobrym źródłem informacji.


Moje 3 źródła literatury brukowej.

W swoim życiu przeczytałam masę literatury śmietnikowej: chociażby 47 tomów Sagi o Ludziach Lodu, która w jakiś sposób rozkochała mnie w historiach fantastycznych. I jednocześnie była moim pierwszym spotkaniem z literaturą erotyczną (w lekkim wydaniu, ale w młodym wieku robiło to jakieś wrażenie). Największą popularność skandynawskie sagi miały w latach 90, może jeszcze na początku XXI wieku, i były bardzo łatwo dostępne - moja miejska biblioteka miała dla nich osobna półkę, która dzięki wznowieniom była szybko uzupełniana. Na tym polu monopol do dziś ma wydawnictwo POL-Nordica. Kilka lat temu nawet wypuściło Ludzi Lodu z jakąś poczytniejszą gazetką dla pań.

Kolejne spotkanie z literaturą masową miałam już w typowej scenerii fantastycznej, a były to ksiązki opisujące przygody mrocznego elfa Drizzta Do'Urdena. Nie byłam jednak tak wytrwała, i tym razem przeczytałam zaledwie 4 i pół tomy autorstwa R. A. Salvatore. Mój zachwyt nie okazał się aż tak duży, by sięgać po kolejne pozycje ze stajni FR, których znów mamy na polskim rynku pod dostatkiem. Głównie dla fanów RPG, którzy wsiąkają bardzo w świat fantastycznych przygód. I tutaj też wszystko dzięki jednemu wydawcy - ISA, który zajmuje się głownie grami fabularnymi (tutaj masa podręczników dla mistrzów gry), planszowymi, karcianymi itp.

I moje obecne guilty pleasures: harlekiny. Jestem jedną z tych osób, która potrafi pochłaniać tanie romanse - ostatni rekord to 12 książek w 5 dni, z czego nie jestem wcale dumna. Bo to bardzo dużo czasu wyrwane  z życia.

Literatura masowa i jej odbiorcy

Jestem daleka od potępiania literatury popularnej, nie tylko dlatego, że sama po nią sięgam. Jeśli coś powstaje, to znaczy że jest na to zapotrzebowanie - dotyczy to również dziedzin sztuki, kultury (szczególnie tej masowej). Literatura rozrywkowa ma swoich odbiorców - sama nie określiłabym się mianem członka grupy docelowej. Świetnym przykładem do rozpatrzenia są romanse. Po te lekkie miłosne historie (o różnym zabarwieniu erotycznym) sięgają głównie panie, które mają na karku po dwadzieścia lat pracy w jakimś sklepiku, albo przesiadują zamknięte w kioskowej budce po 10-12 godzin, chcą się oderwać od prozy życia z rozwrzeszczanymi dzieciakami albo spędzić miłe popołudnie w towarzystwie swojego kota i kubka herbaty. Stop, zagalopowałam się z tymi stereotypami pewnie, ale użyłam skrajnych przykładów zupełnie świadomie. Chodzi mi głownie o to (i to akurat wiem z własnego doświadczenia), że wracając po 10 godzinach pracy, ostatnią rzeczą jaką chciałoby się zrobić, to męczyć się lektura ambitnego dzieła z tzw. wysokiej półki. A jeśli faktycznie ma się jeszcze ochotę na czytanie w ogóle, to ja osobiście nie mam nic przeciwko dobrze napisanemu harlekinowi, którego tłumacz potraktował swoją prace poważnie i mimo infantylnej historyjki o miłości, jest on napisany poprawnie.

Prawda, są autorzy dobrzy i koszmarni. I przeważnie trafia się na tych drugich, ale ja czytałam kilka całkiem nieźle skonstruowanych romansów, których autorki mogłyby z powodzeniem zająć się literaturą piękną. Dodatkowo wcale nie jest tak, że harlekiny to tylko historie namiętnej miłości. Uwielbiam wybierać te z wątkami kryminalnymi, pełne detektywów i agentów, często umiejscowione w Texasie. Udało mi się też trafić na krótką serię powieści poruszająca kilka ciekawych tematów: nastoletnia ciąża, samotność genialnego dziecka czy akceptacja otoczenia i problemy z jakim borykają się dzieci głuche.

Opisując ten przykład literatury brukowej i jej odbiorców, chciałam pokazać dlaczego czasami sięgam i po taki rodzaj lektury. I zupełnie się tego nie wstydzę. Dodatkowo jestem skłonna bronić jej istnienia, bo to nadal literatura. Smutne jest tylko to, ze połowa autorów pisze hurtowo historie na tych samych szablonach - o ile to jest jeszcze do wybaczenia, to niedbalstwo stylu już mniej. Bo oprócz treści łatwej do przetrawienia dla umęczonego umysłu, świetnie byłoby, gdyby podaną ją w formie nie kaleczącej języka i z prawdopodobnymi dialogami.

Do następnego przeczytania.

*źródło grafiki: http://torontoist.com/

0 komentarze: