Nowe na ekranie: Killer Women

Strażnik Teksasu powraca w bardziej seksownej, kobiecej odsłonie.


Strażnik Teksasu (z ang.Texas Ranger) to profesja, która pojawiła się w popkulturowej świadomości dzięki wszechmogącemu Chuckowi Norrisowi i serii "Walker, Texas Ranger" (polski tytuł to po prostu "Strażnik Teksasu") emitowanej w latach 1993-2001. Twórcy świeżej produkcji "Killer Women" zaprezentowali nam jego koleżankę po fachu: Molly Parker, która jak przystało na spadkobierczynie schedy po słynnym stróżu prawa, wie jak rozprawiać się z przestępcami.

Pilotowy odcinek serii zaczyna się od  morderstwa dokonanego w trakcie ceremonii ślubnej, którego ofiarą pada pechowa panna młoda. Zabójczynią okazała się śliczna latynoska, pracująca na siłowni, której właścicielem jest przedwcześnie owdowiały małżonek zamordowanej kobiety. Dla lokalnej policji wyjaśnienie jest proste - mamy do czynienia ze zbrodnią z namiętności, motywowaną wściekłością odrzuconej kochanki. Ale co to by była za historia, gdyby główna bohaterka po prostu zgodziła się z tym najprostszym wyjaśnieniem. Parker wystarczy jedno spojrzenie w oczy oskarżonej, by zrozumieć, że sprawa ma drugie dno i szybko wykrywa prawdziwych prowodyrów zbrodni  : narkotykowy kartel.

Odcinek jest dynamiczny, mamy samochodowe pościgi, strzelaniny, znalazła się chwila na scenę łóżkową, pomiędzy naszą strażniczką, a agentem DEA. Dowiadujemy się trochę o samej bohaterce: pozornie silna, była ofiarą przemocy ze strony męża, z którym obecnie bezskutecznie próbuje się rozwieść. Jest uzdolniona muzycznie, co pokazuję grając w zespole występującym w lokalnym barze. No i seksownie wygląda na tle zachodzącego słońca.

Zgodnie z tym, czego moglibyśmy się spodziewać po tytule, w kolejnych odcinkach oskarżonymi o zbrodnie również są przedstawicielki płci pięknej. Ich motywacje są mało przekonywujące, ale to jeszcze mogłoby zostać uratowane przez dobre rozpisanie historii i solidne aktorstwo - tyle, że ten aspekt też kuleje. Widz sam powinien pewne wskazówki wywnioskować z postawy ciała, gestykulacji i mimiki antagonistek, a tak jest skazany na komentarze Parker, interpretującej niewidoczne dla nas zachowania. Bywa też zupełnie odwrotnie - niektóre momenty są aż zbyt oczywiste, a podejrzane same podają się bohaterce na tacy.

Seria nie jest oryginalna i nie chodzi już nawet o typowy dla produkcji kryminalnych format. Tytuł powstał na bazie argentyńskiego "Mujeres asesinas", który wcześniej doczekał się jeszcze kolumbijskiego i meksykańskiego, a nawet włoskiego remaku (ten ostatni zatytułowany "Donne assassine") -  są one oceniane zarówno na filmwebie, jak i imdb lepiej niż "Killer Women". Jako, że ich jeszcze nie widziałam, nie podejmę się wnioskowania "dlaczego".

Ale nawet jako niezależna pozycja, amerykańska wersja nie do końca zachwyca. To, co mogłoby ją wyróżnić, czyli obsadzenie w roli napastnika kobiet, nie zostało w pełni wykorzystane (przynajmniej w pierwszych trzech odcinkach) - twórcy przykładają większą wagę do kreacji głównej bohaterki, niż jej antagonistek. No i dbają raczej o duże nagromadzenie akcji, a nie zbudowanie tzw. suspensu. Zresztą trudno o takowy, gdy główna postać to niemalże Super Molly, zawsze stawiająca się na czas w najbardziej krytycznych momentach.

Seria jeszcze by się jakoś obroniła, gdyby nie jakość aktorstwa - jest poniżej przeciętnej na poziomie głównej obsady i bardzo, bardzo, bardzo słabe, jeśli chodzi o występy gościnne. Przez to sceny interakcji/negocjacji Parker z antagonistkami wyglądają wyjątkowo nieprzekonywająco, a cała historia staje się papierowa. Co ciekawe aktorzy pojawiający się epizodycznie to nie są naturszczyki, jak mogłoby się wydawać - wielu z nich ma całkiem długą listę ról (także w głównych obsadach); niektóre z nich widziałam i nie pamiętam, aby kiedykolwiek pomyślała o nich "tragiczne". A jednak nie da się tego inaczej określić w przypadku "Killer Women" - co podsuwa mi podejrzenie, że to kwestia scenariusza i złego rozpisania działań postaci (w tym wypowiadanych kwestii), a nie samego talentu występujących.

Ostateczny werdykt: obejrzałam 3 odcinki i starczy. Może spróbuję zmierzyć się z tym formatem jeszcze w oryginalnej, argentyńskiej wersji, ale w amerykańskiej nie widzę nic, co miałoby mnie zatrzymać na dłużej.

Pozdrawiam

0 komentarze: